czwartek, 17 kwietnia 2008

Jamie



W weekend Jamie i ja byłyśmy w Szczecinie na wystawie. Nocowałyśmy w hotelu i ku naszemu zdziwieniu okazało sie, że mamy pokój dwuosobowy: ja miałam swoje łózko, a Jamie swoje.
Po rozpakowaniu się zostawiłam Jamie samą i wyszłam na 3 godziny. To, co usłyszała od Jamie po powrocie nie nadaje się do powtórzenia bez ocenzurowania tekstu. Ponad godzinę słuchałam, że jak mogłam, że kotu sie nie robi takich rzeczy, że juz powinnyśmy spać, bo jutro długi dzień, że ona tu odchodziła od zmysłów bojąc się porzucenia i w ogóle straszny skandal i obraza. Jej aoouuaauuuooooaaauuułaaaaoouuuaaa było słychać na korytarzu i w pokoju obok. Zaproponowałam jej w ramach przeprosin zabawę i oczywiście zadziałało. Zawsze działa.
Ale swoją ważką z dzwoneczkiem Jamie szybko sie znudziła, więc zjadłam niskotłuszczowego camemberta, a papierek zwinęłam w kulkę i dopiero zaczęło się szaleństwo! Od rzucania kulki rozbolała mnie ręka, ale Jamie aportowała tak, że niejeden wyżeł mógłby sie nauczyć.
Ja wymiękłam pierwsza, wzięłam prysznic i do łóżka.
Jamie jeszcze długo mordowała papierową kulkę na swoim łóżku. Ale najwyraźniej tak jak ja, nie bardzo umiała zasnąć w obcym miejscu, bo większość nocy kursowała po hotelowym pokoju gadając do siebie.
Przy okazji wyciągnęła z ceramicznego wazonu sztuczne tulipany. Tulipany zabiła, wazonik zrzuciła. Przewróciła nocne lampki na obu stolikach, krzesło, a co drugie okrążenie sprawdzała, czy drzwi od pokoju może jednak dadzą się otworzyć. Nie dały się, więc narzekając wniebogłosy robiła kolejną rundkę po pokoju. Ok. 5 nareszcie się zmęczyła, wlazła do mojego łóżka i zasnęłyśmy obie. Rano ja posprzątałam to, co ona poprzestawiała po swojemu w nocy, a Jamie siedziała na środku hotelowego stołu i w skupieniu, ze zmarszczonym czółkiem, olbrzymimi oczyskami patrzała, czy wszystko robię, jak należy.
Jamie szczecińskie hotel podobał się dużo bardziej niż mi, bo ja byłam jakoś niewyspana i śpiąca jak sowa, a Jamie świeża i rześka jak skowronek.
Zresztą ona zawsze wygląda jak modelka na chwilę przed wyjściem na wybieg.
Elegancka, piękna i delikatna.
Więc o Jamie pewnie będzie dużo i często.
Bo wszystkie moje koty kocham ogromnie.
Ale my heart belongs to Jamie.....

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

my heart belongs to Jamie.....
ciekawe, co na to reszta... jakoś nie wierzę, że nie usłyszę tego ponownie o reszcie kocich pięknotek ;-)

Łoś..poprostu Łoś.. pisze...

ach....